czwartek, 18 lutego 2010

Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

   --- ---
   O O  ---
  O --- O
   O --- --- O





Zupełnie nieprzypadkowo do moich uszu dotarła nowina na temat nowego albumu formacji Hey!
Wiadomość dotarła już bardzo dawno, bo gdzieś w okolicach grudnia, przepraszam za tak późną recenzję ale chciałem ją zrobić wyjątkowo dobrze, co wiąże się przede wszystkim z dobrym słuchaniem krążka. Potrzebowałem chwilki czasu, potrzebowałem usłyszeć Hey w audycji Trójki Polskiego Radia, wreszcie potrzebowałem i ciszy aby nabrać odpowiedniego dystansu do tego (myślę że przełomowego) tworzywa autorstwa Panów z Hey i samej Pani Kasi. Ale dość tytułem wstępu, przejdźmy do rzeczy.
Sami fani jak i muzyczni dziennikarze byli chyba rzeczywiście zaskoczeni zawartością nowego albumu...
Ciekawi już sama okładka, na której topie widnieje telegraficzny zapis wiadomości: 'MURP'. Symbole te stanowią pierwsze literki słów 'Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!' - których przekaz tworzy nazwę całej płyty. Notabene te same słowa są zawarte w tytule jednej z piosenek. Prawdopodobnie singiel promujący płytę, choć jak przyszłość pokaże, miano singla zdobędzie 'Boję się o nas' albo 'Kto tam? kto jest w środku?'. Ten drugi doczekał się nawet teledysku, ale o tym może kiedy indziej.
A zatem usiadłem w ulubionym fotelu, zdjąłem idiotyczne kapcie przypominające mi jak bardzo pojebane jest moje odzienie stóp (kapcie to takie dwa tygryski), popiłem łyk kawy i zacząłem...Od czego? To może od tytułowego Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! czemu by nie! A co! Słucham słucham i... Jest dziwnie. Jest inaczej. To nie ten Hey, wokal  przypominający mi nie wiedzieć czemu Reni Jusis (ta dziwna maniera i zabawa wysokim głosem), do tego elektronika zbliżająca całość do gatunku wyżej wspomnianej autorki, zadały mi jedno pytanie: "What the Fuck?" Bynajmniej jednak nie było to wrażenie negatywne. Było to po prostu dziwne bo..to była taka dojrzała Reni Jusis..wiecie taka która to nagrała już wszystko, umarła, spotkała w Niebie Elvisa a ten Oświecony powiedział jak się tworzy muzykę. Brzmienia gitar przypominają mi troszkę Radiohead (nie chciałem o tym pisać bo wszyscy dziennikarze muzyczni ich tak porównują, ale na prawdę momentami tak jest). W "boję się o nas" zastosowano rodem te same efekty gitarowe co w There There autorstwa Pana Thoma Yorke'a. Sam rytm dość podobny, podobny riff, jedyne zachwianie można zaobserwować w tempie i tzw. dynamice. Jeśli nie wierzycie sami sprawdźcie!
Bynajmniej nie uważam tego za jakąś szczególną ujmę ani skazę. Wzorowanie się na tak wielkich artystach jak radiogłowi świadczy tylko o tym jak bardzo dojrzeli muzycy Hey po ich dość (przyznajmy szczerze) długich wakacjach i harcach przy trasie Unplugged. Na zdrowie wyszła też rozłąka Kasi która, skupiając się na solowej karierze również poczyniła niebotyczne kroki uświetniając ostatnie dzieło Hey niebanalnymi tekstami. A może właśnie banalnymi! Przy tak fantastycznej muzycznej oprawie Kasia mogła zrobić to co jest dla artysty najtrudniejsze. Przemówić najprostszym głosem zwykłego człowieka, zaśpiewać o rzeczach najważniejszych w tak prosty sposób by zarazem nikt nie uznał tego za trywialną, oczywistą oczywistość ujętą w nieśmieszny dowcip. Kasi się to udało, ciekawe metafory, lecz nie zawiłe, nie koniecznie dające możliwość wszelakich interpretacji. Są pociągające gdyż tajemnicze (jak to w naturze metafor), ale jednocześnie niosą prosty rzetelny i jednoznaczny przekaz. Kasia szepcze o miłości, krzyczy o niej, opowiada z gniewem, ale i spokojem zegarynki. Myślę że album mimo wszystko jest bardzo osobisty, albowiem nie wierzę że można tak ciekawie pisać o pewnych zjawiskach nie mając z nimi styczności. Wręcz przeciwnie słowa pełnią tu funkcję niemalże poradnika idealnych kochanków. Przedstawiają perspektywy każdego szalonego zakochanego człowieka jak i tego zawartego w czymś bardziej złożonym - związku, jedności... Śpiewa o miłości samotnej, o oczekiwaniach, o zwątpieniach, o pytaniach jakie stawia sobie chyba każdy, nawet myślący że zna drugą połowę na wylot!. Upraszczając... CIEKAWA LEKTURA.

Ciekawy byłem również tego jak zaprezentują tak elektroniczny, a zarazem głęboki i bogaty instrumentalnie materiał w gigu na żywo. Próbkę ich możliwości mogłem jednak usłyszeć z audycji koncertu w Studiu Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce. Wszelkie wątpliwości rozwiane... Na prawdę Hey zachował wszystko co miał do tej pory i zyskał coś co czyniło ten zespół wyjątkowy. Potrafi zaskoczyć, a w trakcie koncertowego doznania przechodzą ciarki po plecach. Jak sama Kasia przyznała, żadna wcześniej wydana przez nich płyta nie była tak przyjazna słuchaczowi. Piosenek jest nie mało, przy tym są krótkie, każda na swój sposób zabiera w inną podróż, dzięki czemu po przesłuchaniu płyty słuchacz czuje się idealnie najedzony, ale wciąż nie syty. Takie uczucie jest chyba najlepsze i wróży sukces. Podobnie ta energia odbija się na zespole. Chłopcy powiedzieli że oni również po zakończeniu koncertu promującego nową płytę schodząc ze sceny czuli niedosyt. Wiedzieli że zrobili wszystko w swojej mocy, ale że to trwało troszkę za krótko. "Ale może to i lepiej. Nie dopadnie nas rutyna,a i do kolejnego albumu zasiądziemy tak samo głodni jak do obecnego". Nie pozostaje nic innego jak tego właśnie życzyć. Zarówno zespołowi jak i fanom. Tych drugich na pewno przybędzie, dzięki temu że album jest zdecydowanie nowoczesny. Nawet jeśli liczba fanów nie urośnie to na pewno wzrośnie ich jakość mierzona w dojrzałości. Muzycznej rzecz jasna...;)


1 odpowiedzi:

Łukasz pisze...

aleś sie upisoł chopok.. moje zdanie znasz odnośnie płyty;] a koncert byl lolczasty. tylko edi się nie podobał:|

Prześlij komentarz